Witamy gości

Paralotniowa Szkoła Albatrosów - just do it!

CyTaCik :)


Daje się dla samego dawania, a nie po to, by otrzymać coś w zamian.

-- Richard Carlson

DATA / CZAS

Sekcja METEO

SKLEP PARALOTNIOWY

Funkcje serwisu

Przeszukiwarka


Albatrosy online

Jest teraz 12 gości i 0 użytkowników online

Witaj Nieznajomy, zostań wirtualnym Albatrosem już dziś! Zarejestruj się i uzyskaj dostęp do zastrzeżonych funkcji serwisu!

W "ALBATROS TEAM" ZNAJDZIESZ NAJLEPSZY SPRZĘT PARALOTNIOWY
Zobacz najlepsze paralotnie klikajac na logo poniżej i.. poczuj przestrzeń razem z nami!

Paralotnie PG, PPG i acro
Napędy PPG


KOMUNIKAT TECHNICZNY - PRZEPRASZAMY ZA TRUDNOŚCI

Z POWODU AWARII SERWERA SKRYPT OBSŁUGUJĄCY WYSYŁANIE FORMULARZY ZGŁOSZENIOWYCH NA SZKOLENIA NIE DZIAŁA! PROSIMY O WYSYŁANIE SWOICH ZGŁOSZEŃ DROGĄ E-MAILOWĄ. PO OTRZYMANIU ZGŁOSZENIA ZOSTANIE WYSŁANE POTWIERDZENIE I TO JEST DOPIERO DOWODEM NA TO ŻE ZGŁOSZENIE DO NAS DOTARŁO. JESZCZE RAZ NAJMOCNIEJ PRZEPRASZAMY ZA UTRUDNIENIA.
Słoweński Czworokąt
Ekspedycje górskieOto bardzo ciekawa i obszerna relacja pióra Prezesa z wyprawy do Słowenii, którą pięknie przygotował i zrealizował. Warto poczytać i wczuć się w klimaty, a także dowiedzieć się jak to jest na naszych wyprawach wysokogórskich. Najbliższy kolejny wyjazd planujemy w sierpniu. Będzie to kolejna wyprawa we włoskie Dolomity. A zatem miłej lektury i do zobaczenia już niedługo na porządnym latańsku w Bassano del Grappa! A Prezesowi należy się duże uznanie za to, że nie gada, ale działa. Dzięki Piotrek :o)

Dlaczego czworokąt? - bo tylko tyle górek zdążyliśmy odwiedzić, a i tak nam wystarczyło. Termin wyprawy, tyle razy przesuwany wreszcie ustalony. Ci, którym tęskno za niebem, bez wahania podjęli wyzwanie parawyprawy do Słowenii. Sprawdzam prognozy i..... przyszłość wcale nie rysuje sie obiecująco, lecz jedziemy. Na chwilę przed wyjazdem prognozy zapowiadały się wyjątkowo optymistycznie. No wreszcie jesteśmy. Godzina 21.30, wypełzamy z samochodu, podchodzi do nas uśmiechnięty blondyn. Mówię mu: cześć. A on odpowiada cieść, jestem Alek. Odpowiadam: Piotrek. Pytam: Ty tu jesteś szefem? a on całkiem fajną polszczyzną mówi, że jest tu najważniejszą i jedyną osobą.




Pierwsza górka tzw. Lijak. Lijak to lokalny, niewielki potok, górka została nazwana Lijakiem chyba przez Polaków dawno temu. Ranek wita nas ostrym słońcem, lecz górka "Lijak" jest i długo będzie skryta przed słońcem. W końcu, około 12.00 jednak jedziemy latać. Najpierw obczajenie lądowiska - sporo miejsca, a i na terenie kampingu też można lądować. Ludzi na startowisku wyjątkowo mało. Pierwsze loty rozpoznawczo-zapoznawcze, szukanie dyżurnych kominów i "termic service" - w razie czego, gdyby groziło niedolotem. Lot drugi. No kurde, tego to się nie spodziewałem. Razem z Krzyśkiem Zet pozostaliśmy nad Lijakiem oraz niektórzy uczniowie szkółki Waltera. Latamy i latamy. Torby wielkiej niby nie było, lecz tak mnie przetrzepało, że zastanawiałem się na którą stronę zwyczajnie sobie rzygnąć. Po prostu już dostawałem choroby morskiej - być może to echo podróżniczego żarcia. W końcu nie chcąc sobie pobrudzić uprzęży wymiocinami zdecydowałem, że jak na pierwszy dzień lotów, to już mi wrażeń wystarczy. Ląduję, czas: 2 godz. 40 min w powietrzu. Następny dzień - znowu lampa, już się szykujemy. Pierwszy lot trwał tym razem krótko, 1/2 godz., bo miałem splątane linki w galerii sterówki - mój błąd kontroli przedstartowej. Drugi lot, to już normalne szybowanie. Już ni mnie nie mdli, nic mi nie dolega. Czas lotu 3 godz. Na dzisiaj wystarczy.

Druga górka Kobala. Wpadło nam do głowy: jedźmy na Kobalę? To jedziemy. Zaprowadził nas tam Walter. Na miejscu obczajenie lądowiska, wykupienie dziennej karty i jedziemy na start, chociaż niebo nie wyglądało tego dnia zachęcająco. Podobnie droga: 2 metry szerokości - i to jest droga dwukierunkowa!, na której mijają sie busy, nie ma asfaltu, tylko kamienie pamiętające czasy jeszcze przedchrystusowe i spadek około 12-13%. Na startowisku bardzo dużo ludzi. Nikt nie startuje. Jest za wcześnie. W końcu, coś się ruszyło i zaczęły hulać pierwsze kominy. Część ludzi startuje, bo już sie nie mogli doczekać, zwłaszcza komercyjni tandemiarze, my czekamy na drugą fazę. Druga faza nie była oszałamiająca, lecz lecimy. I właściwie były to raczej zloty niż loty termiczne. Bo nie było porywających kominów, tylko jakieś pierdy, to tu, to tam. Mnie trochę wyciągnęło nad takim cyckiem, a potem mnie wypluło i już nie wróciłem do tego noszenia. Wjeżdżamy jeszcze raz. Niebo już nawet nie jest zachęcające, lecz mało przyjazne: widać w oddali CeBeki, trzeba szybko startować. Lecimy. W miejscu, gdzie wcześniej były jakieś noszenia, już ich tam nie ma. Mam zamiar oblecieć tzw. wulkan z prawej strony czyli chcę przelecieć pomiędzy tymże wulkanem a Zmarzłym (tak się nazywa szczyt) i nagle poczułem jakąś kroplę na policzku. Pomyślałem, że jakiemuś ptakowi coś się wypsnęło. Lecz jak na okularach zobaczyłem maleńkie, krople od razu wiedziałem, że to nie jest zasługa ptaka, zresztą żadnego ptaka już nie widziałem i to też był niepokojący znak. Czuję noszenie. Lecz to jakieś dziwne noszenie. To nie jest noszenie termiczne. Lecę prosto, a mnie niesie w gorę. przecież już dawno wyplułby mnie komin, a ja nadal się wznoszę. Patrzę na skrzydło, o kur.....de!!!! wloty komór już pod chmurą!!!!! Klapy ciach, i nic!!!!! nadal mnie niesie w górę!!!! Zaciągam klapy jeszcze niżej, przestało ssać. I po chwili znowu mnie zasysa. Na chwile odpuszczam klapy i prawie staje w uprzęży, żeby jak najwyżej sięgnąć linek A'. I zakładam mocne, głębokie klapy trzymane daleko pod dupą, daleko za kolanami. Puszcza mnie, powoli, ale puszcza mnie. Wydawało mi się, że nie było czasu na B-sztal. Żeby nie było mi za wesoło, zaczęło padać. Fajnie, do ziemi jeszcze 450 metrów, w dodatku znosi mnie na Zmarzłego, czyli odchodzę od Wulkanu, przy którym jest lądowisko. Zgarbiony, z łapami przy kostkach i wżynającymi się w małe paluchy linki A' przechylam się na lewo. I nic. kurde wychylam się tak, jakbym chciał sobie solidnie rzygnąć, i czuję, że taśma udowa o mało mi nie zmiażdży klejnotów, ale linek za cholerę nie puszczam. Wreszcie powoli skręcam do Wulkanu. Widzę już lądowisko, na którym jest tłoczno. Mam zapas wysokości, bo przecież chmurka mi go zafundowała, więc lecę na sam koniec, gdzie jest najmniej pilotów. Z klapami łapię kierunek lądowania i ze strachu odpuszczam je dopiero około 50 metrów nad ziemią. I bezpieczne lądowanie. Pierwszy zlocik przy wykorzystywaniu termicznych pierdów trwał 1/2 godz. I drugi zlocik z walką przez zassaniem trwał tyleż samo.
Cóż Kobala tym razem nie zachwyciła, a ledwo się zwinęliśmy i pojechaliśmy do Kobaridu po kolegę Irka poznanego na Kampingu, już zaczęło solidnie lać (co widać na zdjęciu). Przyjeżdżamy na kamping, zadowoleni, że uciekliśmy przed deszczem, lecz okazało się, że tu już padało, a ja miałem niedomknięty namiot, który w tamtych gorących warunkach mógłby pełnić rolę piekarnika. Nagle jak nie walnie deszczem, krople wielkości piłek pingpongowych, i nagle grad średnicy około centymetra. Za 15 minut było po gradzie a za godzinę już po deszczu.

Górka trzecia Stol. Tego się nie spodziewałem. Przyjechaliśmy do Kobaridu z zamiarem wjechania lokalnym busmenem nazywanym językiem międzynarodowym parataxi. Niestety spóźniliśmy się o 10 minut - już pojechał. Była 10.10, a parataxi jeździ tylko do 10.00 rano. No to jedziemy samodzielnie. Wjazd na Kobalę to był spacerek z palcem w ....... w porównaniu do wjazdu na Stol. Mając amfibię na gąsiennicach zastanawiałbym się, czy wjeżdżać nią na ten szczyt. Droga na Kobalę, to czasy przedchrystusowe, lecz droga na Stol to chyba historia tworzenia świata przez Stwórcę. Normalne zadupie zadupia z głazami i kilkusetmetrowymi przepaściami bez zabezpieczeń. Na Stol jechaliśmy 1,5 godz. Na biegu numer jeden (specjalnie napisałem to słownie), a moją koszulką można było na mokro posprzątać tą całą drogę i jeszcze przetrzeć szyby w samochodzie. Wreszcie jesteśmy. Zaskoczył mnie toi-toi przy samym startowisku i człowieczek kasujący po 3 eurole od każdego pilota.
Z tego szczytu nie widać lądowiska, właściwie nie wiele widać poza jeszcze wyższymi skałami. Wystartowali Czesi, później jeszcze dojechali Niemcy, więc, o dziwo robi się tłoczno. Warunki dość szybko się zmieniają wieje 4-5 m/s i wiatr przybiera na prędkości. Musimy startować, bo za pół godziny to może nas poskładać na starcie i nie wystartujemy przy np. 12 m/s. Więc starujemy. Lecimy w prawo w kierunku Italii. Czuję potężne kominiska, które szybko mnie wynoszą nad grań. Robię jeszcze 3 nawroty i uzyskuję przewyższenie 620 m. Teraz z taką wysokością mogę się puścić w kierunku Kobaridu, w kierunku stacji benzynowej, na której się wszyscy umówiliśmy. Okazuje się, że po drodze trafiam jeszcze na jakieś kominy, oczywiście wykorzystuję je robiąc 3-4 zwitki. Lecę dalej, a Kobaridu jakoś nie widać. Nosi mnie i nosi. Lecz w końcu próby centrowania następnych kominów nie powiodły się, więc się rozglądam za skałami, od których może coś się odrywać i odbuduję wysokość. Lecz te skałki dawały tylko jakieś pierdy, więc przytulam się do stoku licząc na jakiś żagielek - nic to nie dało. Widzę znajomą stację benzynową, no to jestem w domu. Lądowanie. Czas lotu: 3 godz. 50 min. Widziałem, jak pozostali piloci, lądujący zaraz po mnie schodzili na klapach - wiadomo, co to oznacza: trzeba szybko się pakować, bo może lać. No i lało, lecz znowu krótko.

Czwarta górka Kovk. No kurde, tu było najtrudniej trafić. O drodze już nie będę wspominał, bo wiadomo: żadnych śladów cywilizacji oprócz śladów opon paralotniarskich busów. Jedynym wyróżniekiem był ostry zakręt o spadku 14%. Na górce Kovk spotkaliśmy kolegę Irka, który już trzecią godzinę czekał na warunek. Doczekał się i my też szybko wykorzystujemy tę chwilę do startu. Kominy porządnie niosą, lecz niepokojąco wyglądają CeBeki za naszymi plecami (co widać na zdjęciach), które na szczęście odchodzą od nas. Terma solidna, łatwo można uzyskać dobrą wysokość, łatwo też można ją stracić. Lądowisko daleko, bo jest duże przedpole z obfitym drzewostanem. Latamy, latamy i latamy. Z drzew ściągamy glajta Ali, którą przydusiło nad polaną, a potem bąbel 10 m nad ziemią zniósł ją na drzewa. Na zakończenie polataliśmy na Lijaku. Pięknie nosiło, lecz przeszkodą byli czescy uczniowie, po prostu samobójcy, którzy przy okazji i mnie wciągnęliby w jakąś kolizję. Darcie na nich mordy nic nie pomogło. Więc myślę sobie ląduję. Odleciałem na przedpole, chcę lądować i nie mogę. Czuję, że nie tak łatwo będzie usiąść, więc nie muszę już teraz od razu usiąść. Kilka chwil przetrwałem w zerkach w końcu zniosło mnie, albo do mnie przyszedł lekki kominek, więc wykręcam go i wykręcam. Wylatuję i wlatuje w niego i łącznie powoziłem się w ostatni dzień 2 godz. 20 minut.

Ciekawostki. Kobala. Po moim lądowaniu, patrzę leci facet opatulony czarną kominiarą (temp. 36 stopni C), ciemne okularki, ciemne rękawiczki. Wylądował, zdjął kask, lecz głupi nie zdejmuje tej kominiary i w rękawiczkach zwija glajta. Podchodzę bliżej, przyglądam mu się bardziej uważnie, a to kurde zwykły murzyn jest. Pierwszy raz widziałem pilota murzyna. Przed lotem nad Kovkiem, zachciało nam się popluskać w Adriatyku. Jedziemy do Duino. Nie było możliwości zamoczenia, bo wszędzie moczykije liczący na coś na haczyku. Jedziemy dalej. Przystajemy, widzimy ludzi pływających i na szczęście znajdujemy extremalne zejście o wysokości około 80 m. Jesteśmy wreszcie na kamienistej plaży, a lokalni plażowicze są tak, jak ich Stwórca stworzył. Czyli są całkiem na golasa. My jednak zachowaliśmy się pruderyjnie. Woda bardzo ciepła, bardzo słona i bardzo czysta - jak w basenie! Moja adriatycka przygoda skończyła się najszybciej z całej ekipy, bo stanąłem na jeżowca i musiałem szybko ewakuować się, żeby wyciągnąć 4 złamane kolce ze stopy, bo groziło to ropieniem. Prawa stopa naciskająca gaz i hamulec, nie mogła być kontuzjowana 1500 km od domu. Wygrzebałem się więc do samochodu i tam przeprowadziłem operacje. Reszta dołączyła po około godzinie bardzo, bardzo zadowolona. Czyżby wpływ Adriatyku był aż tak rozweselający?

Uwaga! Słoweńcy kontrolują dokumenty paralotniowe, które trzeba mieć przy sobie. Mnie też kontrolowano.

Najbardziej obawiałem się............. wiatrów dolinowych. Wiadomo, że jesteśmy w górach, wśród gór i pomiędzy tymi górami są doliny. Z uwagi na efekt dyszy są tam idealne warunki do tworzenia się wiatrów dolinowych, mogących wiać zupełnie w innym kierunku niż wiatry zboczowe. Co gorsze, nie wiadomo, z jakiego kierunku może wiać i kiedy, i w którym miejscu wiatr może się odwrócić. Poza tym jak na startowisku mamy te 4-5 m/s, to w dolinie może wiać nawet i 14 m/s. Lecz nie spotkaliśmy wiatrów dolinowych i cała parawyprawa zakończyła się pełnym sukcesem i wszyscy piloci i jedna pilotka Ala byli zadowoleni. Polecam Słowenię zarówno pilotom XC - dosłownie na dwóch kominach można przelecieć kilkadziesiąt kilosów; pilotom początkującym, bo tu nosi wszędzie i można nauczyć się centrowania kominów; oraz pilotom szkolącym się - mało ludzi, dobre warunki do nauki.

Klikając TUTAJ możecie obejrzeć zdjęcia z wyprawy!
 

STRONA GŁÓWNA | REJESTRACJA

© 1999-2010 Albatros Paragliding Team

 
Opera
Firefox
Pajacyk
Hospicjum